| Pokolenie |
|
|
|
| Blogi - Blog kl. Jury Błażejewskiego |
| poniedziałek, 21 czerwca 2010 16:53 |
|
18 maja Kościół obchodził 90. rocznicę urodzin Jana Pawła II. W pamięci od razu przewinęły się wydarzenia sprzed pięciu lat, kiedy tysiące młodych (mniej lub bardziej) ludzi spontanicznie zaczęło się określać jak pokolenie JP2. Wtedy było jasne, że przez tę nazwę oni deklarują chęć wcielenia w swoje życie osobiste wartości i ideałów, które przekazał wspomniany Papież. Ale opadły emocje, przebrzmiały wiece, deklaracje i nabożeństwa. Gdzie jesteście, tysiące tysięcy? Młodzi, wykształceni, porządni, wierni chrześcijanie, którzy powinni byli stać się zaczynem chrześcijaństwa dzisiaj i w ciągu najbliższych piętnastu lat? Czyżby was nie było? Co się stało, dlaczego was nie słychać? Dlaczego tyle krzyku? Najbardziej wymownym świadectwem tego, że pokolenie JP2 nie zrealizowało się w deklarowanej formie jest to, że tak naprawdę ta nazwa w świadomości wiernych już zdążyła stać się raczej nostalgijną, niż aktualną. Ależ minęło dopiero 5 lat! Czy nie jest to za mało dla pokolenia? Niestety, jego również nie było stać na to, by dać świadectwo tak oczekiwane przez świat. Nie będzie długą i jego lista dokonań. Ale największą porażką jest to, że to pokolenie nie wypełniło misji wytworzenia i konsolidacji „świeżej krwi” w Kościele, nie zrodziło zwiększonej ilości liderów, którzy pomogliby ewangelizować świat i przekazywać skarby Kościoła swoim następcom, którzy przyczyniliby się do szerokiej odbudowy chrześcijaństwa w swoich środowiskach na co dzień, przestrzeniach życia i pracy, którzy potrafiliby nie tylko założyć mocne chrześcijańskie rodziny, ale też pewnie i z przekonaniem stać w obronie chrześcijańskich wartości rodziny przed hedonizmem i konsumpcyjnym egoizmem współczesności. Problem polega na tym, że na aktualne ataki w dziedzinie wierności małżeńskiej, określenia rodziny jak nierozerwalnego związku mężczyzny i kobiety, godności życia seksualnego jak wyrazu małżeńskiej miłości, moralnej oceny nietradycyjnych poglądów seksualnych, w dziedzinie eutanazji, aborcji, antykoncepcji i szerzenia się kultury śmierci, w końcu w walce chrześcijańskiego „bardziej być, niż mieć” i antychrześcijańskiego „mieć, ale nie być” - czyli w potopie bezdusznej konsumpcyjnej filozofii życia, otóż, wszystkim tym wyzwaniom dzisiaj powinno było stawiać czoło właśnie to pokolenie. Przecież ono naprawdę przesiąkło chrześcijaństwem, stawiało pytania, odkryło dla siebie wiele prawd dzięki Janowi Pawłowi II. Kościół miał pełne prawo liczyć na pomoc pokolenia JP2. W 2010 roku taka sama młodzież z o wiele większą uwagą słuchałaby tych uśmiechniętych, szczęśliwych, zrealizowanych w tym życiu, współczesnych, postępowych, przekonanych i tylko nieco od nich starszych. Jeszcze parę lat temu miałem taką iluzję, że pokolenie „jot-pe-dwa” przerodziło się w pokolenie „yupi”, czyli w swą faktyczną przeciwstawność. Myślałem, że nastąpiła zmiana wartości, że wybrano nowy cel, do którego to pokolenie zaczęło kroczyć z równie wielką determinacją. Ci, co chcieli zmieniać świat na lepsze - zaczęli sami dostosowywać się (przecież żyć jakoś trzeba). Ci, co tak pragnęli założyć rodziny mocne Bogiem - postawili na pierwsze miejsce zarobki i karierę. Ci, co pokonali długą i naprawdę pełną drogę duchowego wzrastania – zanurzyli się w fale dorosłego życia ze wszystkimi jego problemami, a to duchowe doświadczenie stało się w lepszym wypadku nierozpakowanym i odłożonym na długie „później” bagażem, jeśli w ogóle nie zostało wyrzucone za burtę jak balast. Co się stało? Ze zdziwieniem odkryłem, że jest gorzej, niż myślałem: po prostu JP2 dzisiaj już nie ma celu. Nie było zdrady, nie było 30 srebrników, nie było nawet takiego zamiaru, co najgorsze – nie było w ogóle żadnej myśli. Świat zwyczajnie rozpuścił w sobie tych, którzy mieli być jego chrześcijańskim oponentem przyszłości. Oni nie skorzystali z otrzymanego doświadczenia, żeby poradzić sobie w życiu inaczej, niż do tego namawiają billboardy, korupcja i prawo dżungli. Czy mam prawo twierdzić, że pokolenie JP2 pogubiło się? Myślę, że tak, przecież ja też w ten sam sposób wzrastałem, modliłem się, szukałem, ruszałem na pielgrzymi szlak, włączałem się w posługę charytatywną Kościoła, stałem na krakowskich Błoniach w 2002, czuwałem na klasztornym dziedzińcu z setkami innych w nocy 2 kwietnia... A dzisiaj w ten sam sposób jestem współuczestnikiem porażki mego pokolenia (mojego, bo do niego zaliczają siebie również ludzie o wiele starsi ode mnie). Co z tym zrobimy? Dlaczego tak się stało? (Mam nadzieję, że to są jednak pytania inne od pasywnych klasyczno-historycznych: kto jest winny i co teraz robić). W czym jednak tkwi problem? Według mnie, duchowi przewodnicy młodzieży epoki Jana Pawła II pracowali bardzo sumiennie z młodzieżą tamtych czasów, ponieważ mimo wszystko nas wychowali, ale nie doprowadzili sprawy do końca – nie poszli z nami na głębokie wody życia. Dzisiaj w Kościele Katolickim istnieje palący problem duchowego towarzyszenia. Dość sprawnie jest zorganizowane duchowe towarzyszenie młodzieży (choć czasem takie duszpasterstwo schodzi z głębi w kierunku osobistej charyzmy kapłana), ale po ukończeniu pewnego wieku człowiek w większości wypadków ze zdziwieniem odkrywa, że teraz dla niego pozostały tylko niedzielne kazania w parafii i samodoskonalenie, praktycznie pozbawione żywego kontaktu z kimś bardziej doświadczonym w życiu duchowym. Można to porównać z szybką autostradą, która w pewnym punkcie nagle staje się szczerym, nieprzejezdnym polem, w najlepszym wypadku – wąską i zawiłą ścieżyną. Przed tym nie ma ostrzeżeń, znaków, świateł czy szlabanów. Wszystko odbywa się tak błyskawicznie, że spory procent orientuje się w zmianie sytuacji dopiero gdy już leży na plecach i próbuje dojść do siebie. Oczywiście, pewien procent tych, co z grupy młodzieżowej organicznie przechodzi do jakiejś innej zorganizowanej parafialnej wspólnoty, czy kościelnego ruchu lub do seminarium/zakonu, otrzymuje możliwość rozwijania swojego życia duchowego, można powiedzieć, bez spowalniania obrotów. Ale co mają zrobić ci, którzy podczas swojej przynależności do grupy młodzieżowej zdążyli zasmakować chrześcijaństwa, którzy pragną go świadomie realizować w swoim życiu, ale, powiedzmy, w wieku trzydziestu lat, albo od czasu swego powrotu do domu po obronie magisterki nie mają do kogo się zwrócić czy nawet z kim porozmawiać o tym wśród swoich rówieśników w nowej-starej parafii? W ten sposób tworzy się jeszcze jeden „produkt” uboczny – parafia anonimowa, gdzie nikt, czasem oprócz starszego pokolenia, nikogo nie zna, a nawet z upływem czasu nie chce znać, bo w jego chrześcijaństwie co raz więcej nostalgii i co raz mniej chrześcijaństwa... I co dalej? Co tu doradzić? Duszpasterze – często mimo natłoku obowiązków warto się zastanowić: dlaczego na mszy w parafii najmniej jest ludzi w średnim wieku? Może warto poświęcić im więcej uwagi. Tym bardziej, że istnieją od dawna wypracowane duchowe drogi – chrześcijańskie ruchy i wspólnoty. Warto też zaufać świeckim i nie wprowadzać zasad totalitarnych we wspólnocie – trzeba zostawić przestrzeń dla Ducha Świętego. Konieczne jest w czasie formacji kłaść nacisk na prawdziwie Boże towarzyszenie duchowe w różnych grupach wiekowych (nie tylko młodzieży i studentów), wśród dotkniętych różnego rodzaju niepełnosprawnością (wzroku, słuchu, umysłu...). A w szerszym kontekście – trzeba zauważyć ogólną potrzebę koordynacji duchowego towarzyszenia chrześcijanina na wszystkich etapach jego życia, przecież po ukończeniu uczelni życie się nie kończy, a Kościół powinien włączać świadomego chrześcijanina w swoje życie. Świeccy – nie poddawać się. Wymagać więcej od siebie, swoich duszpasterzy, parafian. Okażcie inicjatywę, przecież was już naprawdę nie trzeba we wszystkim prowadzić za rękę. Może dobrym rozwiązaniem dla grupy osób świeckich, którzy chcą pogłębiać swoje chrześcijańskie życie w aktualnych dla nich warunkach będzie założenie przy parafii własnej niewielkiej wspólnoty pod opieką miejscowego kapłana, ale też zdatnej do pewnej samoorganizacji i animowania spotkań, otwartej na nowych uczestników, która mogłaby skoncentrować się na wspólnym odkrywaniu Bożego działania w ich codziennym życiu, wspólnej modlitwie i aktywnym udziale w życiu parafii i Kościoła. Czy to jest możliwe? Znam nie jedną taką wspólnotę w różnych miastach Ukrainy, niektóre funkcjonują już od kilkunastu lat i są prawdziwym wsparciem dla ludzi. Na koniec... Oryginał tego artykułu napisałem miesiąc temu dla swego blogu na witrynie Religijno-Informacyjnej Służby Ukrainy (RISU), do prowadzenia którego namówili mnie przyjaciele – współzałożyciele tego portalu, dlatego treść pierwotna dotyczyła przede wszystkim aktualnej sytuacji na Ukrainie. Zdaję sobie sprawę, że nawet po odpowiedniej, drobnej korekcie napisane myśli mogą nie w pełni odpowiadać sytuacji w Polsce. Ale to jest moje spojrzenie na Kościół, na jego strony: te mocne i te nie bardzo. Uważam również, że ten temat jest warty zastanowienia się, a jeśli ktoś nie zgadza się (lub popiera), może ma własne przemyślenia – zachęcam do komentowania i dzielenia się własną opinią (pokładam nadzieję na waszą komunikatywność, ale też na osobistą kulturę wypowiedzi i wzajemny szacunek). Na koniec chciałbym powiedzieć – tak, jesteśmy Kościołem, dlatego Chrystus jest pośród nas. Ale to nie zwalnia, wręcz odwrotnie, zobowiązuje każdego z nas do własnego wkładu w Jego sprawę w świecie, na tym miejscu, na którym jestem, w niewymuszony i właściwy dla każdego z nas sposób. Opublikowano 19.05.2010 w blogu RISU PS Ciekawe przemyślenia o wcieleniu myśli Jana Pawła II w życie: http://malzenstwo.zw.pl/wp-trackback.php?p=215 |







Komentarze
Mam podobne skojarzenia... nie raz słyszałem narzekania młodych absolwentów, że K-ł nie ma dla nich odpowiedniej propozycji po latach uczestniczenia w oazach itp. ...
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.